Myślałam tak sobie ostatnio, jakby to było nie mieć nosa.
Ile zapachów by mnie ominęło!
Wieczorne lato.
Skradający się powoli deszcz.
Obiad, szczególnie gdy burczy w brzuszku.
Mój pysznie pachnący szampon.
Świeża pościel.
Mama, gdy się do niej przytulam.
I jesień. Nawet listki się jeszcze nie kolorują, nie chmuruje się, ciepło jest.
Ale pachnie już jesień.
No i bez nosów wyglądalibyśmy śmiesznie.
Fajnie jest oddychać. I wąchać.
Zakochać się w zapachach.
środa, 5 września 2012
środa, 6 czerwca 2012
Deszszszcz.
"Kto to widział, żeby w czerwcu kupować rajstopy!" - powiedziała mama dzisiaj.
Moja siostra siedzi w pokoju i zrzędzi, bo mokro, bo pada, bo zimno, bo idzie na zakupy z przyjaciółkami, a w taką pogodę jej się nie chce, bo musi ubierać kurtkę i nie widać jej nowej bluzki.
A tata wrócił z pracy i poszedł spać, bo on nie umie w taką pogodę normalnie funkcjonować.
A ja?
Nie, nie ubrałam kaloszy i nie poszłam skakać po kałużach.
Nie, nie kręciłam się w deszczu.
Nie, nie wymyśliłam żadnej bajeczki o kropelkach.
Bo ja w sumie też nie lubię takiej pogody.
Ale stanęłam w szkole na przerwie w oknie.
I patrzyłam, jak ten kolorowy normalnie świat zrobił się szary i brzydki.
Na te brudne ulice.
Fuj.
Ale koło brudnych domów stały drzewa.
Zielone.
Lubię zielone drzewa.
I wiecie co?
One piły.
Trochę milej mi było wracać do domu przez te brudne, szare, deszczowe ulice.
czwartek, 24 maja 2012
Słowo o słowach.
Wczoraj podsłuchiwałam moją siostrę.
Tak, wiem, to brzydko i niegrzecznie. Mama zawsze mówi, że nie wolno podsłuchiwać jak dorośli rozmawiają. Ale moja siostra to moja siostra, a nie jakaś tam - dorosła. To chyba mogłam?
Rozmawiała przez telefon z I., swoją najlepszą przyjaciółką. To znaczy - jedną z sześciu najlepszych przyjaciółek (że niby wszystkie są najlepsze?). Opowiadała o tym, co ostatnio powiedział jej W., jej chłopak. Coś o tym, że ma piękne oczy, że nie umie bez niej żyć, że jest jego powietrzem. A ja siedziałam pod drzwiami jej pokoju i się śmiałam, to było takie głupie!
Ale to nie koniec! Potem moja siostra poszła do mamy i zapytała, czy ma jakieś stare listy miłosne od taty, bo przecież wszystkie mamy mają. Mama zaczęła się śmiać i przyniosła swoje pudełko-z-tajemniczymi-rzeczami, do którego nie możemy patrzeć, nawet gdy sprzątamy! Wyciągnęła z niego koperty i wszystkie trzy zaczęłyśmy czytać. Moja siostra ochała i achała, mówiła, że to taaaaaaaakie romantyczne. Mama się trochę uśmiechała, ale trochę. A ja się śmiałam, bo to było śmieszne, ale ja jeszcze jestem mała. Tato potem przyszedł i przeczytał coś, i też zaczął się śmiać, i śmialiśmy się oboje, więc tato może też jest jeszcze mały? Ale on powiedział, że teraz by tego tak nie napisał. Moja siostra się oburzyła, powiedziała, że wyrósł z romantyczności, czy coś takiego, a mama tylko patrzyła. Tata powiedział, że teraz powiedziałby...
No właśnie. Nie powiedział nic poza: "słowa są za małe". A ja chyba nie zrozumiałam, bo pobiegłam do mamy, krzycząc: "bo mamę trzeba ukochać!" i się do niej przytuliłam. Moja siostra spojrzała na mnie, jakby było jej mnie żal, a do taty powiedziała: "Ty w ogóle nie jesteś romantyczny! Powinieneś mamie mówić takie rzeczy, jakie do niej pisałeś!" A tato powiedział tylko jeszcze raz to samo, co wcześniej i też przytulił mamę. Moja siostra się oburzyła i poszła.
A ja potem myślałam. Czemu słowa są za małe? I kiedy są za małe? Da się je powiększyć? I czy są słowa w-sam-raz? A za duże też są? I czy słowa są w ogóle potrzebne?
Mojej siostrze są potrzebne. Ciekawe, czy są dla niej w-sam-raz. I tym wszystkim mądrym ludziom też są potrzebne. Ale nie wiem, czy nie są dla nich za duże. A tato też chyba ich potrzebuje. Mimo, że są dla niego za małe.
Ja też ich chyba potrzebuję. Ale dla mnie są kanciate.
A mamę i tak trzeba ukochać.
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Kim? E tam. Czym!
Moja mama mówi do mnie czasem, zamiast po imieniu, "Skarbie".
Moja babcia nazywa mnie "Czarną perłą", siostra "Bałwanem", ciocia "Słoneczkiem", a koleżanki z klasy "Pestką".
A moja siostra ma wielbiciela (śmieszne, jak można się zakochać w mojej siostrze?), który mówi do niej "Cukiereczku", a ona zawsze się denerwuje i mówi, że nie jest żadnym cukiereczkiem.
Zapytałam się jej raz, czym jest.
Popatrzyła na mnie, zrobiła minę pod tytułem "znów zadajesz głupie pytania, kiedy wreszcie dorośniesz?", powiedziała: "Kaliną*, bałwanie, po co głupio pytasz?" i poszła.
Znowu mnie nie zrozumiała.
Gdybym zapytała "jak się nazywasz" albo "kim jesteś" mogłaby odpowiedzieć "Kaliną".
Ale ja zapytałam, czym jest.
Zaczęłam się zastanawiać, czym ja jestem.
Bo nie jestem ani skarbem, ani czarną perłą, ani bałwanem, ani słoneczkiem, ani nawet pestką. Tak mnie nazywają, a ja nimi nie jestem - bo jak mogłabym być naraz tym wszystkim?
Chciałam zapytać mamy, ale pomyślałam, że mama chyba nie będzie wiedziała. Bo dla niej jestem córeczką. A nie czymś.
A każdy musi być czymś, poza tym, że jest człowiekiem.
I chyba każdy musi wiedzieć, czym, prawda?
Kim jestem?
Człowiekiem, Owieczką.
Czym jestem?
Pstryczkiem w nos.
* Imię zmienione na potrzeby bloga.
sobota, 14 kwietnia 2012
Śladami śladów.
Ostatnio na drodze zostawiłam mokre ślady.
Weszłam w podeszczową kałużę, a potem zostawiałam plamy na chodniku.
A czasem zostawiam też ślady w piasku.
Ciekawe, czy te wyschnięte lub zasypane już piaskiem ślady zostają gdzieś tam w tym wszystkim?
I znaczą naszą drogę.
Pojedynczą. I wspólną.
Weszłam w podeszczową kałużę, a potem zostawiałam plamy na chodniku.
A czasem zostawiam też ślady w piasku.
Ciekawe, czy te wyschnięte lub zasypane już piaskiem ślady zostają gdzieś tam w tym wszystkim?
I znaczą naszą drogę.
Pojedynczą. I wspólną.
wtorek, 27 marca 2012
O wietrze.
Próbowałam dzisiaj zobaczyć wiatr.
No bo w sumie to rozumiem, że nie widać powietrza, w końcu właściwie też go nie czuć, nie słychać i jest niedotykalski.
Ale wiatr?
Słyszę jak szszszszumi. Sam w sobie. I w liściach. I na tych śmiesznych balkonowych kliklakach.
Czuję go na buzi. Albo mnie otacza ciepłem, albo bije zimnością.
I pachnie. Czasem deszczowo. Latem trawą i kwiatkami. Zimą śniegiem. W niektórych miejscach wsią.
Nawet czasami smakuje. Szkoda, że spalinami.
Ale nie widziałam jeszcze wiatru. I chciałam go zobaczyć.
W szkole na plastyce malowaliśmy obrazki i chciałam się dowiedzieć, jak narysować wiatr. Pani na mnie dziwnie popatrzyła, ale pokazała mi - narysowała trzy kreski.
Ale wiatr przecież nie wygląda jak kreski!
Próbowałam więc go podejrzeć, gdy wracałam ze szkoły. Pomyślałam sobie, że może się ukrywa, nie chce zdradzić swojego wyglądu, żebyśmy mu nie robili zdjęć. Nie lubi być sławny.
Ale nie zobaczyłam go. Widziałam poruszane przez niego gałęzie. I włosy tej pani spod czwórki. I lecący liść.
Jego samego nie zobaczyłam.
A może tylko go nie poznałam?
poniedziałek, 19 marca 2012
Gdybalnica egzystencjalna.
Co by było, gdybym nie urodziła się człowiekiem?
Dajmy na to - byłabym kotem. Ludzie by mnie głaskali i drapali za uchem, ja miałabym ich w nosie, a oni i tak by mnie kochali. Nie musiałabym się męczyć, karmiliby mnie. Chyba że byłabym bezdomnym kotem, to wtedy miałabym pewnie ciężkie życie. Ale właśnie - myślałabym, czy nie? Bo zwierzęta nie myślą, tak? To co robią? W sensie jakie to uczucie - nie myśleć? Ale tak w ogóle, zupełnie, nie tylko czasami! Tak sobie żyć, być, chodzić, jeść, spać, i w ogóle nie myśleć, o niczym zupełnie, nie umieć myśleć. Przecież się nie da!
No chyba że ktoś umie?
A inaczej - co by było, gdybym urodziła się jako córka mojej sąsiadki?
Byłabym sobą czy już raczej nie? Myślałabym jak ja, czy raczej jak ta dziwna K., córka sąsiadki? Bardziej lubiłabym udawać dorosłą? Zadawałabym pytania? Wierzyłabym w Pana Boga? Lubiłabym moją mamę? Miałabym te same koleżanki?
A gdybym urodziła się jako córka mojej mamy i taty, i siostra mojej siostry, ale sto lat temu? Chciałabym, żeby była niepodległość, czy uważałabym, że tak nam dobrze jest, czy raczej w ogóle bym o tym nie myślała? Walczyłabym w wojnie jak tylko dawałabym radę? Co bym robiła, gdybym nie miała Internetu, telewizji, komórki? A gdybym nie chodziła do szkoły i nie umiała nawet czytać? I czy byłabym takim samym człowiekiem jak teraz?
Chyba lubię być sobą. Teraz.
poniedziałek, 12 marca 2012
Jak należy?
Moja siostra ma tendencję do mówienia mi: "zachowuj się jak należy". Mama czasem też.
Zastanawiam się, jak to jest: "jak należy"?
No bo mama mówi tak, jak jestem z nią w sklepie i zaczynam chować się między półkami. A siostra za każdym razem, gdy z nią gdzieś wychodzę. Nawet jak zachowuję się grzecznie, czyli nie wskakuję w kałuże, nie skaczę po płytkach chodnikowych i nie zaczepiam ludzi, a tylko rzucam przed siebie jarzębinę albo omijam płytki z jakąś literką, to i tak nie zachowuję się "jak należy".
A na przykład jak jestem z kolegami i koleżankami na dworze to już nie mogę się zachowywać "jak należy", bo wszyscy się na mnie dziwnie patrzą. I nawet mama wtedy mówi, że się zachowuję dziwnie.
No to: dziwnie czy "jak należy"?
Od czego zależy, czy akurat mam się zachowywać "jak należy"?
Od ilości dorosłych? Bo wydaje mi się, że im ich więcej, tym bardziej powinnam się zachowywać "jak należy". Dlaczego dorośli nie lubią, jak się nie zachowuję "jak należy"? A właściwie to czy oni się zachowują "jak należy"? Jak się kłócą w kolejce do kasy, albo nie zatrzymują się na pasach, albo krzyczą na inne dzieci biegające po sklepie. Kłócenie i krzyczenie już jest "jak należy"?
Skąd oni wszyscy wiedzą, co jest "jak należy"?
Chyba że chodzi im o zachowywanie się jak Należy. Może był kiedyś jakiś pan Należy, i wszyscy chcą go naśladować. To wtedy to nabiera sensu.
Ależ ten Należy musiał być dziwnym, nudnym, smutnym facetem...
środa, 29 lutego 2012
Kózka skakała, a Owieczka nie.
Zaświeciło słońce, zrobiło się cieplutko i bardzo zachciało mi się pograć w klasy.
Koło mnie leżała sterta kamyków, więc schyliłam się, by podnieść jeden, wybrałam najlepszy i już, już miałam zacząć... kiedy zobaczyłam miny ludzi stojących koło mnie. Byłam na przystanku. Zrobiło mi się bardzo smutno.
Gdy tam, gdzie jest dużo ludzi, w klasy zaczyna grać moja pięcioletnia kuzynka, ludzie się uśmiechają, mówią do niej, podają jej kamyk, gdy spadnie im koło nogi. Gdy w klasy zaczynam, czy też chcę zacząć ja, oni wszyscy tylko robią dziwne miny i duże oczy, i dziwnie patrzą na mnie.
A jak grałam w klasy w miejscu-z-kafelkami, bo miałam czas i ochotę, a koło mnie były moje koleżanki, to pukały się w głowę i pytały dziwnie: "czy ty jesteś normalna?".
Chciałabym móc normalnie poskakać w klasy, kiedy mam na to ochotę, w miejscach-z-kafelkami albo w miejscach-z-fajnym-chodnikiem. I żeby nikt na mnie nie patrzył dziwnie.
Dlaczego ludziom, którzy nie są pięciolatkami, nie można grać w klasy?
Kamyk z przystanku mam w kieszeni.
sobota, 25 lutego 2012
Ja i... ja?
Ciekawe jakby to było, gdybym się widziała.
No bo ja to ja. Ale jak na mnie patrzą ludzie, to co widzą?
Jak patrzę na moje koleżanki i kolegów, i rodzinę, to widzę ich wszystkich, wszystkie miny i gesty. I czasem mnie bawią, czasem nie, ale to wszystko jest normalne przecież. Ciekawe, czy dla innych JA jako ja, którą oni wszyscy widzą, też jest normalna?
Bo przecież jak popatrzę w lustro to wciąż będę widziała tylko swoje odbicie. Zresztą w lustro się tylko zagląda czasami. A jakby to było, gdybym powiedzmy wyszła z siebie i popatrzyła na siebie z boku? Na swoje miny, gesty, zachowanie. I na swój wygląd.
Ciekawe, czy bym się sobie podobała. I czy bym siebie samą śmieszyła. I czy bym siebie samą lubiła.
Da się tak?
wtorek, 21 lutego 2012
"Gwiazdki błyszczą i migocą..."
Co robią gwiazdki w dzień?
Może się stroją na noc, kiedy będą wychodzić i pokazywać, jakie są ładne. Używają nabłyszczaczy, żeby świecić się jak najpiękniej, jak najmocniej. Nadymają tak śmiesznie poliki, robią dziwne miny do luster. A niektóre czeszą sobie warkocze!
A może nie, może w nocy błyszczą się tak po prostu. A w dzień śpią, bo straaasznie je te błyszczenie się męczy.
Albo bawią się w chowanego za chmurami. Albo w berka. A najbardziej to chyba w ciuciubabkę, kiedy zawiązują sobie nawzajem oczy i gonią się po caaaałym niebie. Ale jak słońce im powie, że zaraz się chowa, to muszą szybko przerwać zabawę i wrócić na swoje miejsce. Żeby ludzie się niczego nie domyślili. Bo co by to było, jakby na niebie zamiast Wielkiego Wozu pojawił się nagle Wielki Autobus?
Ciekawe, czy gwiazdki mają swoje "Top Model"? Albo nie! "Taniec z gwiazdami" i "Gwiazdy tańczą na lodzie"! (No co, przecież MUSZĄ mieć swoje lodowiska!)
Ale na pewno nam machają swoimi małymi, błyszczącymi rączkami. Tylko jesteśmy za daleko, żeby to zobaczyć. I jest im trochę smutno z tego powodu.
Na pewno.
poniedziałek, 20 lutego 2012
Słońce, słońce, słońce!
Tralalala, widzieliście słońce?
I nie rozumiem mojej mamy. "Przecież to jeden dzień, jeszcze może być zimno, śnieg spaść może..."
A dlaczego nie można się cieszyć ze słoneczka i ptaszków, nawet jednodniowych?
piątek, 17 lutego 2012
Dlaczego nie dlaczego?
Dlaczego wszyscy zwiewają i krzyczą na sam dźwięk pytania "dlaczego...?"
Moi rodzice odpowiadają mi czasem na takie pytania, ale jak pytam dalej to mówią, że zadaję głupie pytania. Albo odpowiadają "bo tak". Pani w szkole też.
A: Dlaczego ziewnęłaś?
B: Bo chce mi się spać.
A: Dlaczego?
B: Bo źle spałam w nocy.
A: Dlaczego?
B: Bo wypiłam za dużo kawy.
A: Dlaczego?
B: Ochhh, bo lubię kawę!
A: Dlaczego?
B: Skończ wreszcie zadawać te głupie pytania!
Słyszałam ostatnio od jakiejś mądrej pani, że gdyby nie pytania, nie byłoby filozofii i nauki. Nie wiem, może. Dla mnie świat nie byłby taki ciekawy.
Może zacznijmy bawić się w dlaczego?
A: Rozwaliłam sobie kolano.
B: Dlaczego?
A: Bo się potknęłam.
B: Dlaczego?
A: Bo szybko biegłam.
B: Dlaczego?
A: Bo gonił mnie wilk.
B: Dlaczego?
A: Bo ukradłam mu z nory śledzia.
B: Dlaczego?
A: Bo mnie pan Zając prosił.
B: Dlaczego?
A: Bo to był jego przyjaciel.
I tak dalej.
Ale nikogo to nie bawi. I nikt nie lubi takich pytań. Dlaczego?
czwartek, 16 lutego 2012
O maleńkich istotkach.
Dzisiaj zaatakował mnie śnieg.
A właściwie to chyba nie śnieg, raczej te maleńkie istotki, które wprost uwielbiają spadać z góry na płatkach śniegu, trochę tak jak ludzie lecący na spadochronach, tylko trochę inaczej. A jak spadną, to szybko zeskakują i chowają się pod te śniegowe sterty. Najbardziej lubią spadać na czapki, bo potem kolejnym zadaniem jest niespodziewane i szybkie ześlizgnięcie się na dół. Nie lubią za to wpadać ludziom do oczu i uderzać w twarze, bo brutalnie spadają ze śnieżek i niejedna już w takiej sytuacji skręciła sobie mały paluszek u nogi.
Lubią te istotki patrzeć, jak ludzie lepią bałwany. I jak rzucają się śnieżkami. Podoba im się to i trochę śmieszy, bo przecież to są ich zużyte śnieżynki podróżne, a ludzie robią z nimi taaaakie różne dziwne rzeczy!
A nocą, jak wszyscy już grzecznie śpią w swoich łóżeczkach, małe istotki, które cały dzień chowają się pod śniegiem, robią się straaaasznie śpiące. Proszą wtedy Pana Boga, żeby je wziął z powrotem do domu. I Pan Bóg, który bardzo lubi małe istotki i tęskni za nimi, i martwi się, czy któraś podczas podróży nie spadnie z płatka albo nie skręci paluszka, wyciąga swoją rękę i bierze je do siebie. Potem kładzie je do łóżek, otula kołderkami i cichutko wychodzi z pokoju, żeby tylko ich nie obudzić.
Niektóre kiedyś potem lecą jeszcze raz, inne postanawiają się już nie ruszać więcej z domu.
Kochane są te małe istotki. Obiecuję, że kiedyś uda mi się jakąś ładnie poprosić i ona mi się pokaże, i z nią porozmawiam!
środa, 15 lutego 2012
Problemy z modlitwą.
Moja siostra modli się na siedząco.
Zapytałam, dlaczego, skoro mówi do Pana Boga. Popatrzyła na mnie jak na idiotkę i powiedziała, że tak jest wygodniej, nie bolą kolana, łatwiej się skupić. I że Pan Bóg jest jej przyjacielem, więc co za różnica?
Mama zawsze mówiła, że modlić się powinno na klęcząco. I pani z religii też. No bo przecież Pan Bóg, to Pan Bóg.
I ja też myślę, że Pan Bóg to jednak Pan Bóg. I dalej nie rozumiem, dlaczego siostra modli się na siedząco.
Dorośli, zabawki i bajki.
Dorośli są dziwni.
Naprawdę nie rozumiem, dlaczego oni w ogóle się nie bawią! Praca, gotowanie, sprzątanie, spanie. Trochę telewizji, trochę komputera. Czasem się spotykają i piją alkohol, potem są weseli, dużo i głośno się śmieją. Ale wcale się nie bawią. Nie budują nic z klocków, nie skaczą na skakance, nie grają w "raz, dwa, trzy, baba jaga patrzy", nie bawią się lalkami. A jak już wreszcie się zgodzą pobawić z dziećmi, to szybko się nudzą.
I w ogóle nie potrafią wymyślać historii! Kiedyś bawiłam się klockami ze starszą siostrą. Chciałam pobawić się w bajkę o wróżkach, ale ona powiedziała, że jestem dziecinna i przestała się ze mną bawić. Dlaczego?
A bajki to chyba umie wymyślać tylko mój dziadek. Czasem wymyślamy razem i jest fajna zabawa. A tato na przykład wciąż opowiada te o Jasiu i Małgosi, Kopciuszku i Czerwonym Kapturku. A jak kiedyś go poprosiłam, żeby coś dla mnie wymyślił to powiedział, że wymyślam, i że lepiej poczyta mi książkę. A przecież ogląda tyyyyle filmów i musi umieć coś wymyślać! Mama sama mówi czasem, że tato potrafi wymyślić mnóstwo fantastycznych powodów, żeby nie iść z nami na zakupy. To chyba potrafi też wymyślić jakieś fantastyczne bajki!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)