Dzisiaj zaatakował mnie śnieg.
A właściwie to chyba nie śnieg, raczej te maleńkie istotki, które wprost uwielbiają spadać z góry na płatkach śniegu, trochę tak jak ludzie lecący na spadochronach, tylko trochę inaczej. A jak spadną, to szybko zeskakują i chowają się pod te śniegowe sterty. Najbardziej lubią spadać na czapki, bo potem kolejnym zadaniem jest niespodziewane i szybkie ześlizgnięcie się na dół. Nie lubią za to wpadać ludziom do oczu i uderzać w twarze, bo brutalnie spadają ze śnieżek i niejedna już w takiej sytuacji skręciła sobie mały paluszek u nogi.
Lubią te istotki patrzeć, jak ludzie lepią bałwany. I jak rzucają się śnieżkami. Podoba im się to i trochę śmieszy, bo przecież to są ich zużyte śnieżynki podróżne, a ludzie robią z nimi taaaakie różne dziwne rzeczy!
A nocą, jak wszyscy już grzecznie śpią w swoich łóżeczkach, małe istotki, które cały dzień chowają się pod śniegiem, robią się straaaasznie śpiące. Proszą wtedy Pana Boga, żeby je wziął z powrotem do domu. I Pan Bóg, który bardzo lubi małe istotki i tęskni za nimi, i martwi się, czy któraś podczas podróży nie spadnie z płatka albo nie skręci paluszka, wyciąga swoją rękę i bierze je do siebie. Potem kładzie je do łóżek, otula kołderkami i cichutko wychodzi z pokoju, żeby tylko ich nie obudzić.
Niektóre kiedyś potem lecą jeszcze raz, inne postanawiają się już nie ruszać więcej z domu.
Kochane są te małe istotki. Obiecuję, że kiedyś uda mi się jakąś ładnie poprosić i ona mi się pokaże, i z nią porozmawiam!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz