Próbowałam dzisiaj zobaczyć wiatr.
No bo w sumie to rozumiem, że nie widać powietrza, w końcu właściwie też go nie czuć, nie słychać i jest niedotykalski.
Ale wiatr?
Słyszę jak szszszszumi. Sam w sobie. I w liściach. I na tych śmiesznych balkonowych kliklakach.
Czuję go na buzi. Albo mnie otacza ciepłem, albo bije zimnością.
I pachnie. Czasem deszczowo. Latem trawą i kwiatkami. Zimą śniegiem. W niektórych miejscach wsią.
Nawet czasami smakuje. Szkoda, że spalinami.
Ale nie widziałam jeszcze wiatru. I chciałam go zobaczyć.
W szkole na plastyce malowaliśmy obrazki i chciałam się dowiedzieć, jak narysować wiatr. Pani na mnie dziwnie popatrzyła, ale pokazała mi - narysowała trzy kreski.
Ale wiatr przecież nie wygląda jak kreski!
Próbowałam więc go podejrzeć, gdy wracałam ze szkoły. Pomyślałam sobie, że może się ukrywa, nie chce zdradzić swojego wyglądu, żebyśmy mu nie robili zdjęć. Nie lubi być sławny.
Ale nie zobaczyłam go. Widziałam poruszane przez niego gałęzie. I włosy tej pani spod czwórki. I lecący liść.
Jego samego nie zobaczyłam.
A może tylko go nie poznałam?